Pojechaliśmy do Werchowyny. Przyjaciele z Łodzi pojechali dalej, a ja zostałem na zakupach. Kupiłem zapas jedzenia, cukier, kawę ale na gaz musiałem czekać dwie godziny, bo właśnie napełniali zbiornik dystrybutora. Zaraz po powrocie do chatki przelałem gaz do dużej butli i znów mam zapas na jakiś czas. Grzybki nagle znikły, chociaż codziennie bardziej lub mniej pada. Zostały dwie kanie, które widziałem zbyt młode, żeby zbierać i stado bielaczków owczych. Dziś tez będzie burza.